Altaron

Witaj w Altaronie!

Znajdujesz się na krawędzi między światem realnym,
a magicznym Altaronem. Zrób krok do przodu i przeżyj
niesamowitą przygodę!

Connect with Facebook

Wróć   Forum Altaron.pl > Luźne pogaduchy > Strefa twórcza

Krótka Wiadomość
[2019-08-13 13:48] Informujemy ze w nocy z 13.08.19 na 14.08.19 w godzinach 00:00 do 04:00 w związku z pracami w serwerowni mogą nastąpić problemy ze stabilnością połączenia do serwerów gry. Zalecamy ostrożną rozgrywkę.

Komunikaty

 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stare 10-08-18, 22:40   #1
Obles
 
Avatar Obles
 
Zarejestrowany: Paz 2009
Skąd: Olimp
Postów: 2,165
Wyślij wiadomość poprzez Gadu Gadu do Obles
Domyślnie Altaron - Początek Wojny


Pióra Hegemmona - pierwszego twórcy gry
Chwała wizjonerowi, który wszystko zapoczątkował




* * * Amardan * * *
I

Do małej sali audiencyjnej wpuszczono posłańca. Król czekał już na swym tronie pilnie śledząc zbliżającego się podwładnego. Ten ukłonił się, klęknął na jedno kolano i rzekł:
- Panie...
- Mów, jakie wieści.- doradca królewski wyraźnie zaznaczył, że posłaniec z Zarionu przyniósł bardzo niepokojące przesłanki o pojawieniu się zagrożenia, toteż król nawet nie próbował ukrywać oznak zniecierpliwienia.
- Jeden z naszych okrętów patrolowych dostrzegł nieznane maszty na linii horyzontu. Obca flota czeka ukryta o dzień drogi od brzegu, tuż za linią horyzontu widzianą z naszych fortyfikacji.
- Ile?- spytał król. Z całych sił próbował zachować właściwą postawę.
- Setki panie, setki.- padła odpowiedź.- Nie widać końca linii białych masztów z zielonym godłem.- Tutaj podał pośpiesznie naszkicowany obraz, przedstawiający godło.
- Biała wieża na zielonym tle, nie kojarzę... czyje to godło?- król pogładził świeżo ogolony podbródek.- Zasztyletujcie mnie, ale przysięgam, że pierwszy raz słyszę o takim emblemacie. Czyżbyśmy doczekali się jakiejś rebelii?
- Wątpię w to Panie.- odezwał się pokornym tonem doradca.- Te insygnia władzy rzeczywiście są dla nas nowe, jednak w żaden sposób nie można by było zorganizować tak licznej floty bez naszej wiedzy. Takie przygotowania do rebelii z pewnością zostałyby dostrzeżone. Poza tym, nasi informatorzy nie donoszą o jakichkolwiek niezadowoleniach względem majestatu.
- Co więc sugerujesz?
- Obawiam się panie, że niebawem staniemy twarzą w twarz z nieznaną armią. Dyplomacja może zadecydować o tym, czy staną się sojusznikami, czy też wrogami.
- Dobrze więc. Wyślemy okręt z kilkoma dyplomatami na pokładzie. Spróbujemy nawiązać kontakt z ich przywódcą by sprawdzić ich zamiary.
- Wielka jest twoja mądrość Panie.- rzekł doradca.
- Zajmij się tym, Raifanie. Jeszcze dziś zbierz grupę dyplomatów i niech pod twoim przywództwem wyruszą im na spotkanie.
- Tak Panie.
- Możecie odejść.

* * *

Nazajutrz, z portu w Zarionie, wypłynęły dwa okręty średniej wielkości, na których pokładzie stało dwunastu dyplomatów, w tym doradca królewski. Jakiś czas później ów okręty zniknęły za horyzontem uniemożliwiając obserwację ich z brzegu. Królewski doradca wyraźnie zaznaczył, aby w pobliżu nie było żadnych innych jednostek. Uznał iż będzie to znak dobrej woli i zaufania.
Podczas wieczornego przypływu wrócił jeden z okrętów. Nosił na sobie oznaki walki dostrzegalne już z daleka. Jeden z dwóch masztów, złamany wpół, wystawał smętnie za prawą burtę.

II

- Królu?
Głos przybocznego wyrwał władcę z drzemki.
- Tak?- spytał.
- Przybył posłaniec z Zarionu.
- Wpuśćcie go za chwile.- odrzekł władca i skinął na służkę stojącą przy stoliku. Ta pośpiesznie zabrała z niego misę z wodą oraz ręcznik, i szybkim krokiem podeszłą do tronu. Król obmył i wytarł twarz a gdy tylko służka wróciła na miejsce, drzwi sali audiencyjnej rozwarły się szeroko a do środka wszedł żołnierz odziany w lekką zbroję.
- Panie...- rzekł gorliwie posłaniec klękając na jedno kolano i wbijając wzrok w posadzkę.
- Mów.- rozkazał król.- Jaką wiadomość posłali obcy?
- Ich wiadomością była śmierć naszych posłańców, panie.- rzekł żołnierz, który modlił się, aby król nie wyładował swojego gniewu na nim.
- Wstań.- rozkazał król głosem, któremu nie sposób było się przeciwstawić.- Mów teraz o wszystkim.
- Z dwóch statków wrócił tylko jeden.- zaczął opowieść pośpiesznie.- Pokład nosi ślady abordażu. Wszyscy zabici i żadnej wiadomości.
- W jaki sposób zadano śmierć?
- Mieczami, strzałami i ogniem, panie.- padła odpowiedź.- I...
- Tak?
- Już po śmierci.... odcięto im nogi.
Król z trudem powstrzymał wzdrygnięcie. Władca nie może okazywać słabości.
- Odcięto?
- Tak, wszystkie ułożono w stos na środku pokładu, tyle że wpierw usunięto z nich kości. Tylko te długie.
Król na krótką chwilę znieruchomiał próbując wyobrazić sobie ten widok.
- Cóż to za potwory...- wyszeptał, po czym zwrócił się do żołnierza.- Możesz odejść. Powiedz odźwiernemu, że ma sprowadzić do sali obrad wszystkich dowódców, którzy akurat przebywają w zamku.[/QUOTE]

III

Sala obrad wrzała od przyciszonych rozmów. Dwudziestu pięciu wysoko tytułowanych rycerzy siedziało wokół wielkiego dębowego stołu. Pośrodku niego leżała mapa przedstawiająca królestwo a chwilę wcześniej, paź przyniósł pudełka pełne drewnianych figurek, które przygotowano do obrazowania działań wojennych na mapie.
- Dwór aż huczy od wieści.- mówił przyciszonym głosem jeden z rycerzy.- Wróciłem ze swoich letnich włości gdy tylko usłyszałem. Dacie wiarę panowie? Wroga armia. Mało tego, nie wiem nawet skąd.
- Zaraz, zaraz, drogi Robiuszu. Wcale nie wiemy, czy mają wrogie nastawienia. Król wysłał posłańców i...
- i niestety żaden z nich nie powrócił żywy.
- A ty skąd wiesz, Molstonie?- spytał ten, któremu na imię było Robiusz.
- Wie, bo jego uszy nie boją się przylgnąć do drzwi sali audiencyjnej.- padła odpowiedź z nieoczekiwanych ust. Wszyscy poderwali się z krzeseł na widok swojego władcy stojącego w drzwiach.
- Panie...- zaczął Molston, kłaniając się nisko
- Nie będziemy teraz o tym dyskutować.- rzucił krótko król.- Mamy wojnę do przeprowadzenia.- rzekł, po czym zajął honorowe miejsce przy stole
- Z jaką wiadomością powrócili dyplomaci?
- Z taką, że nie ma mowy o pokoju.
- Dowiedzieli się chociaż kim oni są?
- Może i się dowiedzieli, jednak mi tego nie powiedzieli. Tak to już jest, gdy jest się martwym.
Po tych słowach wybuchła burza podniesionych głosów.
- Cisza!- wrzasnął król uderzając jednocześnie pięścią w stół.- Nie pora na to, abyśmy zachowywali się niczym banda głupców, którzy nie potrafią zorganizować obrony własnego kraju!
Wszyscy zamilkli.
- Teraz,- zaczął król podchodząc do pudełek z drewnianymi figurkami.- Chcę wiedzieć gdzie dokładnie znajdują się nasze oddziały, w jakiej są liczbie oraz kto nimi dowodzi. Tylko żwawo panowie, bo czas nagli.
Przez następne pół godziny, wszyscy pracowali razem nad przygotowaniem mapy. Trochę to trwało, jednak w końcu udało się umieścić wszystkie oddziały królestwa. Każda z figurek opatrzona była imieniem i przydomkiem dowódcy.
- Pelorin Kamienna Pięść, trzystu jeźdźców smoków wraz z jednostkami zaopatrzeniowymi stacjonują na północ od Neolith.- rzekł król umieściwszy figurkę zielonego smoka na właściwym miejscu.
- Neolith...- zaczął jedne z rycerzy.- Mam nadzieję że tamtejsi kultyści przestali przysparzać nam problemów. Tamte wojska stacjonują tam aby trzymać ich na wodzy.
- Ich przywódca powinien być na tyle inteligentny, aby dostrzec powagę sytuacji.- odpowiedział król.- Wracając do mapy, teraz.- wyjął jedną figurkę przedstawiającą żołnierza pomalowanego na zielono.- Trzeba ustalić położenie przeciwnika.- wyjął kilkanaście figurek i ustawił je na krawędzi mapy na wschód od Zarionu.- Według informacji otrzymanych od tamtejszego dowództwa, należy przyjąć skalę dziesięć tysięcy do jednego, na każdą figurkę.
- Dziesięć tysięcy od jednego?- spytał jeden z żołnierzy patrząc na rząd figurek.- Ależ to przecież w przybliżeniu sto dwadzieścia tysięcy.
- Zdaję sobie z tego sprawę Miriusie.
- Ale skąd taka armia, Panie?- spytał Mirius.
- Tego nie wiemy, ale znam dobry sposób aby się dowiedzieć.- rzekł król.- Stawimy im czoła, pojmiemy kilku a potem wyciągniemy z nich informacje, nawet jeśli wymagać to będzie bardzo... nieprzyjemnych metod.
Panująca od wieków dynastia królewska szczyciła się oddaniem pospólstwa dzięki sprawiedliwym rządom pozbawionych okrutnych praktyk, do których niewątpliwie należy zaliczyć tortury.
Król zmierzył się ze spojrzeniem zgromadzonych.
- Panowie,- zaczął.- Tutaj nie chodzi już o politykę, czy od dobre układy. Tutaj chodzi o nasze przetrwanie. Oczekuję od was pełnego poparcia w tej sprawie. Czy mi go udzielicie?
Wszystkich zszokowało to pytanie. Król na prawdę pytał ich o poparcie.
Po krótkiej chwili każdy po kolei wypowiedział jedno słowo- "tak".
- Dobrze więc.- rzekł król uśmiechając się chytrze.- Możemy zatem przygotować naszym gościom właściwe powitanie. Miriusie, każ rozesłać wici, za dwa tygodnie ruszamy na wojnę. To wszystko wielmożni panowie. Niech każdy czyni swą powinność.
Wszyscy powstali, gdy powstał król.
- Oczekuję was nie później niż za trzynaście dni. Razem ze wszystkimi rycerzami i magami, jakich tylko uda wam się znaleźć. Możecie odejść.
Wszyscy złożyli ukłon w stronę władcy i ruszyli w kierunku wyjścia.
- Teotrenie,- zwrócił się król do człowieka odzianego w zwiewny czarny płaszcz.- Zostań na chwilę ze mną. Mam dla ciebie zadanie.
- Jak sobie życzysz, mój władco.- padła odpowiedź.

IV

- Teotrenie, dla ciebie mam inne zadanie.
- Zamieniam się w słuch władco.
- Raporty z Zarionu są aż nazbyt wyraźne. Nie poradzimy sobie z tak liczebną armią. Nawet jeśli większość z nich stanowią zwykli rycerze, to wciąż nie mamy do dyspozycji wystarczającej liczby żołnierzy, do bezpośredniej konfrontacji.
- Rozumiem. Jakie jest moje zadanie?
- Chcę abyś niezwłocznie udał się do Ariaris, do samego mistrza gildii magów. Ten oto sygnet,- tutajzdjął jeden z trzech sygnetów, które zdobiły jego prawą dłoń.- pokażesz na znak, iż przybyłeś tam z mojego polecenia. Przekażesz mu wiadomość, której treść brzmi:- Przybyli, niezwłocznie oczekuję zebrania triumwiratu pod Zarionem.
- Rozumiem, wyruszę niezwłocznie.- rzekł pokornie Teotren.
- Ruszaj więc.- rzekł król i odwróciwszy się doń plecami, ruszył w kierunku przeciwległych drzwi. Teotren obrócił się na pięcie i szybkim krokiem skierował się do stajni. Dwoma palcami obracał przed sobą królewski sygnet. Malutka płaskorzeźba przedstawiała mały płomyczek.
- Stajenny!- wrzasnął wkroczywszy do stajni.- Koń i prowiant na trzydniową podróż. Tylko żwawo.
- Tak panie.- rzekł potulnym głosem młody chłopiec pełniący obowiązki stajennego.
Teotren usiadł przy małym stoliku i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki mały gryf. Chwycił za kartkę papieru i zaczął pisać wiadomość.
- Oto koń i prowiant.- rzekł stajenny gdy wrócił po krótkim czasie.
- Chwila.- odpowiedział Teotren nie podnosząc wzroku. Napisał ostatnie słowa, złożył podpis, po czym złożył kartkę i zalakował woskiem świecy, w którym odcisnął płaskorzeźbę własnego sygnetu.
- To ma dotrzeć do mojej żony. Daj to kronikarzowi Grodnimowi. Powiedz, że dał ci to Wielmożny Teotren "Pień Dębu".
- Tak panie.
Teotren dosiadł konia i ruszył w kierunku bramy zamkowej, za którą czekała ciężka, wielodniowa podróż na końskim grzbiecie. Raz tylko obejrzał się za siebie, by spojrzeć na chorągiew powiewającą na szczycie wieży centralnej. Z tej odległości nie mógł zobaczyć godła, jednak dostrzegał je oczami wyobraźni.
- Wysłanniku Wielkiego Stwórcy, miej nas w swej opiece.- wyszeptał prośbę pod adresem chorągwi.

V

Król ukląkł na jedno kolano i spojrzał na stopy figury anioła.
- Panie, wspomóż nas w tej trudnej chwili, byśmy mogli bronić godnie Twego imienia. Niechaj Twój blask bijący z naszych serc oślepi niewiernych. Niechaj twoi boscy słudzy staną u naszego boku i swoją mocą wspomagają nas w potrzebie. Niech nasz oręż opętają żywioły których Twoi słudzy są panami...- szeptał cicho modlitwę. Nie przypuszczał, iż kiedykolwiek wypowie słowa modlitwy o błogosławieństwo w czasie bitwy. Wszystkie problemy podobnej natury rozwiązywane były albo metodą dyplomatyczną, albo niewielkim nakładem potęgi rycerskiego oręża. Sam król nigdy nie miał okazji by walczyć. Mimo iż był potężnym magiem, nigdy nie użył swoich umiejętności przeciw drugiemu człowiekowi. A teraz? Teraz zwoływał triumwirat by zgładzić tysiące, dziesiątki tysięcy istnień ludzkich. Wziął głęboki wdech.
- Król robi to, co jest konieczne. Ich śmierć splami jedynie dłonie ich wodza.- rzekł.- Niech się dzieje wola Stworzyciela i jego pomocników.
Spojrzał w twarz figury Gabriela Władcy Światła.
- Poproś swojego brata o względy dla mnie. Będę potrzebować jego pomocy.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, małą komnatkę ponownie pochłonął mrok. Chwilę później, zapłonęły wszystkie świece zgromadzone w pomieszczeniu. Ich nienaturalnie silny blask mógłby oślepić każdego, kto by w tej chwili wszedł do sali modlitewnej. Jednak nikt tego nie zauważył. Był to znak, iż Ogion i Dugion wysłuchali jego modłów. Chwilę potem komnatę ponownie wypełnił mrok.

VI

Czerwone słońce leniwie chowało się za odległym horyzontem. Ostatnie promienie przedzierały się między wielkimi kanionami odległego łańcucha górskiego, które z tej odległości wyglądały jak wgłębienia w kancie stołu, powstałe w skutek uderzeń miecza.
Król spokojnie obserwował ten wspaniały cud natury. Między nim a owymi górami rozpościerał się ogromny las, jedynie tu i ówdzie poprzecinany rzekami i łąkami. Małych wiosek trudno było się doszukać. Jedynie bystre oko mogło zauważyć odległe smugi dymu, wydobywające się z kominów wiejskich chat. Wszystko wydawało się być takie spokojne i piękne. Zupełnie jakby była to kraina wiecznego spokoju. Niestety, było to tylko złudzenie, gdyż cała dolina trzęsła się ze strachu na widok nadciągającego niebezpieczeństwa, które przycupnęło ciałkiem niedaleko brzegu. Król wziął głęboki wdech i obrócił się w stronę morza. Stojąc na wysokim klifie miał dogodny widok na linię okrętów rozpościerającą się z lewa do prawa, jak okiem sięgnąć. Dwa dni po tragicznej śmierci dyplomatów i załóg dwóch okrętów, barbarzyńscy najeźdźcy podpłynęli bliżej brzegu wciąż pozostając jednak na głębokich wodach.
- Cały czas zastanawiam się co ich powstrzymuje od wtargnięcia na ląd.- usłyszał król znajomy głos.
- Chciałbym znać odpowiedź na to pytanie, drogi Kunskapie.- odpowiedział król.- Jednak nie mam zamiaru szukać odpowiedzi.- odwrócił się by spojrzeć na starca. Grube szaty mnicha zdawały się przygniatać swojego właściciela.- Zaczynamy, gdy Weden będzie gotowy.
- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić, Radlan?- spytał starzec.
- Tak i proszę, abyś nie zwracał się do mnie moim starym imieniem. Porzuciłem je w chwili wstąpienia na tron.- w tonie tej wypowiedzi było coś, co sugerowało żal z powodu znaczenia tych słów.
- Królu...- rzekł Kunskap.- życiem o życie. To mawiałeś wiele lat temu, pamiętasz? Po wstąpieniu na tron to się nie zmieniło.
- Masz rację.- odparł król z goryczą.- Tyle że już nie swoim. Poświęcałem życie innych.
- Tak postępuje król i nie ma w tym nic złego. Poza tym, swoje życie też kładziesz na szalę. Pamiętaj co chcemy dziś zrobić. Na szali losu spoczywa życie nas wszystkich a życie nas trojga znajduje się na samym szczycie tego stosu ofiarnego.
- Sprawdźmy lepiej co z Wedenem.- zmienił temat król i ruszył ścieżką prowadzącą w głąb lądu.- Chciałbym już zacząć.

VII

- Wiesz...- rzekł król po dłuższej chwili milczenia.- Zawsze zastanawiałem się, dlaczego udało mi się przeżyć tamte pięć lat na południu. Nie zagłębiając się za bardzo we wspomnienia mogę wymienić przynajmniej dziesięć sytuacji, w których tylko dzięki opaczności Stwórcy wyszedłem cało.
- Być może jutrzejszy dzień był tego przyczyną.- padła odpowiedź.- Jesteś najmłodszy z naszej trójki, jednak dorównujesz nam doświadczeniem dzięki tamtym latom. Altaron potrzebuje silnego przywódcy, który wie coś więcej niż tylko to, co mu nauczyciele powkładają do głowy.
- Siła...- rzekł król w którego głosie zabrzmiała lekka nutka ironii.- Mam pewne wątpliwości odnoście mojej siły. Im dłużej tutaj jesteśmy, tym bardziej jestem przekonany, że nie dożyje do pojutrza.
- To prawda, że wróg jest w wielkiej przewadze liczebnej, jednak oni są na oceanie, gdzie przywitamy ich naszą niespodzianką. Poza tym, nie jest ważne to kiedy zginiesz, lecz co zdołasz dokonać przedtem.
- Jedyne co zamierzam dokonać, to zabić tysiące ludzkich istnień...
- ... które przybyły tutaj w celu podboju i grabieży, przy okazji wyżynając w pień całe wsie i wioski...
- ...którzy prawdopodobnie są na tych statkach tylko dlatego, że tak rozkazał ich przywódca i którzy najchętniej zamiast podbijać, spędzaliby czas ze swoimi rodzinami.
- Pamiętaj.- rzekł twardo starzec.- że nie jesteś wszechmogący i wszechodpowiedzialny. Nie bierz na barki cudzych grzechów.
- Ale ten grzech będzie spoczywał i na moich barkach bez względu na wszystko.- odparł król tonem sugerującym koniec rozmowy, po czym skręcił w inną ścieżkę pozostawiając starca samego.
- Nie zmieniłeś się przez te lata, przyjacielu.- rzekł starzec.- Życiem za życie, wymyśliłeś to powiedzenie wtedy, na południu, i wciąż go próbujesz przestrzegać, mimo iż nikt ci nie każe być odpowiedzialnym za każde wyrządzone zło.

VIII

- Weden?- rzekł cicho starzec stając przed zasłonami namiotu.
- Wejdź, proszę.
Starzec wkroczył do środka rozglądając się po namiocie. W wielu miejscach materiał był powypalany, jakby ktoś przekłuwał go gorącą igłą. Po środku, na małym dywaniku, siedział stary mężczyzna o mlecznobiałych włosach, których końcówki nabrały niebieskiego odcieniu.
- Jak ci idzie?- spytał starzec.
- Już prawie jestem gotowy. Jeszcze muszę zebrać trochę energii. Chcę mieć pewność, że nie wypalę się zanim nie skończymy.
- Nie pal tylko namiotu.- odpowiedział starzec uśmiechając się lekko.
- A jak wam idzie? Gdzie Radlan?
- Ja się nie muszę za bardzo przygotowywać. W końcu wody mam pod dostatkiem. Jeśli zaś chodzi o naszego małego Radlana, to przeżywa właśnie mały kryzys moralny.
- Biedny dzieciak.- rzekł Weden.- Zawsze brał wszystko do siebie. Bycie królem musi być dla niego straszne. Tyle odpowiedzialności i tyle cudzych win, które może wziąć na swoje barki. I pomyśleć, że całe to jego brzemię wzięło się od jednego błędu, który właściwie można by nazwać przykrym zrządzeniem losu.
- Tak, ale on nigdy nie wybaczy sobie jej straty. Do końca życia będzie obarczał się odpowiedzialnością za tamten wypadek.- odparł Kunsklap.
- Była świetnym materiałem na królową.- zamyślił się Weden.- Szkoda jej i biednego Radlana. Gdyby jego poczucie winy obrócić przeciw naszym wrogom, Radlan pokonałby ich co do jednego.
Ich rozmowę przerwał wiatr, który zerwał się zupełnie nagle. Spokojne dotąd materiały namiotu zaczęły trzepotać wściekle, jakby próbowały wyrwać wiążące je z ziemią haki.
Z zewnątrz dały się słyszeć zaniepokojone głosy żołnierzy.
- Co oni tam wyprawiają?- spytał Kunsklap.
- Idź to sprawdzić a ja skończę się przygotowywać.
- Dobrze. Tylko nie spal namiotu.
- O to się nie martw. Przez te wszystkie lata nauczyłem się lepiej kontrolować energię i już od dana nic nie podpaliłem przypadkiem.
- W porządku.- rzekł Kunsklap i wyszedł z namiotu kierując się w stronę żołnierzy.

IX

Wiatr nasilał się z każdą chwilą lecz Kunsklap szedł dalej. Nie w kierunku przeciwnym, lecz razem z wiatrem. Patrzył jak inni żołnierze starają się, by nie porwał ich ów wiatr chowając się za drzewami i przywiązując się do nich jak najmocniej. Na wszystkich twarzach malował się strach. Ku ich wielkiemu przerażeniu drzewa zaczęły uginać się pod naporem wiatru, który był już tak potężny, że Kunsklap nie mógł już dłużej stawiać oporu. Zaczął wpierw ślizgać się po piasku niczym po lodzie, potem wiatr pchnął go do przodu porywając ze sobą.
- Niech to szlag.- zaklął pod nosem a potem skupił się przygotowując do rzucenia zaklęcia. Chwilę potem z obu jego rąk wystrzeliły zielone promienie, które trafiły w dwa pobliskie drzewa. Ich korzenie zaczęły nagle wić się i rosnąć wypuszczając co chwilę pojedyncze listki. Pędy rosły jakby pięły się po owym zielonym promieniu aż w końcu oplotły ręce maga aż po ramiona.
Dzięki tym linom mag mógł już bezproblemowo stawiać opór wiatrowi, jednak pojawił się inny problem. Zaczęły uderzać w niego przeróżne przedmioty porwane przez wiatr. Od małych gałązek począwszy, po całkiem sporej wielkości kamienie, owe przedmioty śmigały niczym śmiertelnie groźne pociski.
- Mógłby trochę uważać.- rzekł ktoś po lewej stronie Kunsklapa. Już miał się obejrzeć gdy kontem oka dostrzegł lecącą ku niemu gałąź o ostro zakończonym czubku. Pośpiesznie zaczął wymawiać zaklęcie którego moc wprawiła okoliczną ziemię w wibracje. Piasek i kamienie stały się nienaturalnie płynne i zaczęły kierować się w kierunku Kunsklapa, gdzie zaczęły formować lśniący kamienny blok.
- Za wolno!- krzyknął Kunsklap zdając sobie sprawę ze swojej pomyłki. Gałąź była już tuż tuż, gdy wtem trafił ją poziomy piorun zamieniając ja tym samym w tysiące zupełnie niegroźnych strzępków.
Kunsklap obejrzał się na lewo, gdzie dostrzegł Wedena trzymającego się młodej brzózki.
- Zróbmy coś z nim zanim nas tu pozabija.- zaproponował spoglądając w kierunku w którym zmierzały wszystkie latające śmieci. Byli na tyle blisko by dostrzec, że owe śmieci nie lecą wszystkie w równoległym kierunku, lecz kierują się do jednego punktu pośrodku małej polanki, gdzie wiatr wznosił się ku górze tworząc wielką trąbę powietrzną. W samym centrum tego absurdalnego fenomenu pogodowego dostrzec można było ludzką sylwetkę.
Trąba powietrzna zasysała tym czasem coraz większe ilości powietrza powiększając przy tym swoje rozmiary tak szybko, że zauważyć to można było gołym okiem. Przypominała teraz wielki, wirujący i bardzo spasiony stożek, do którego wepchnął ktoś znacznie większą od niego piłkę.
- Radlan!- krzyczeli magowie z całych sił, jednak huk wiatru ich zagłuszał zupełnie.- Radlan opanuj się!- krzyczeli raz po raz.
- Patrz!- wrzasnął nagle Werden wskazując coś między drzewami.
Kunsklap spojrzał w tamtym kierunku i dostrzegł żołnierza, który jedną ręką trzymał się wątłej brzózki i sekundy dzieliły go od wessania w wir.- Zrób coś!
Kunsklap pośpiesznie wypowiedział w myślach zaklęcie a z jego dłoni ponownie wystrzelił zielony promień, którym celował w owego żołnierza. Gdy zaklęcie maga miało go już dosięgnąć, gałęzie brzózki wyślizgnęły mu się spomiędzy palców które po chwili, razem z resztą ciała, były w połowie drogi do spasionego tornada. Kunsklap pośpiesznie wykonał skomplikowany ruch nadgarstkiem kierując skręcając promieniem w stronę żołnierza. Pośpiesznie opasał go nim kilkukrotnie i skierował w kierunku najbliższego drzewa, które gdy tylko zostało dotknięte przez promień, wystrzeliło młodą gałązką oplatając nieszczęśnika w pasie. Żołnierz wisząc tak w powietrzu wciąż był w wielkim niebezpieczeństwie, podobnie jak wielu innych.
- Dosyć tego dobrego.- rzekł Weden i wypowiedział w myślach skomplikowane zaklęcie. Z jego dłoni wystrzeliła wiązka błyskawic, która owinęła się wokół tornada strzelając małymi błyskawicami w postać stojącą pośrodku. Wiatr nagle osłabł a tornado zaczęło się dziwnie nadymać jakby siła, która trzymała je w obecnym kształcie zaczęła słabnąć.
- Zapanuj nad tym głupcze!- wrzasnął Kunsklap.- Weź się w garść.
Chwilę potem niebezpieczne tornado uformowało się w gigantyczną kulę skompresowanego powietrza, które niepozornie falowało leniwym rytmem przy krawędzi.
Kunsklap uwolnił się z dzikich pnączy a Weden z liny, którą przywiązał się na wysokości pasa.
- Mogłem nad tym nie zapanować.- wrzasnął król spoglądając na powietrzną kulę.- Te błyskawice prawie mnie zdekoncentrowały.
- Prawie nas pozabijałeś tym zaklęciem wiesz?- rzekł gniewnym tonem Kunsklap.
Król spojrzał jeszcze raz na kulę, gdzie prócz powietrza dostrzegł dryfujące kamienie, kłody i wszystkie drobne obiekty z okolicy. Dostrzegł nawet małą sarnę zaduszoną ściskającym ją powietrzem.
- Niech to...- wyszeptał król.- Nie miałem pojęcia, że tak silnie to zadziała.
- Zapomniałeś, że im silniejsze emocje tym bardziej żywiołowy czar? Czy my cię niczego nie nauczyliśmy przez te wszystkie lata?- zadawał pytania Weden.
Król jeszcze raz spojrzał na wirującą kulę a potem na okoliczne drzewa, które pochylały się ku niemu zupełnie jakby składały pokłon swojemu władcy.
- Najeźdźcy również musieli odczuć skutki zaklęcia.- rzekł po chwili namysłu.
- Nie wątpię w to.
- Na pewno mają na pokładzie magów, których czujność została właśnie zbudzona. Nie możemy czekać do rana, trzeba zacząć jak najszybciej.
- Ja jestem już gotowy,- rzekł Weden.- Więc jeśli i ty jesteś, to możemy zaczynać.
Król spojrzał jeszcze raz na swoje dzieło i rzekł:
- O tak, jestem gotów.

X

- Dobrze więc.- rzekł Kunsklap.- Trzeba wydać rozkazy dowódcom, aby przygotowali swoich podwładnych. Nie chcemy, żeby nasi żołnierze pouciekali przez nasze działania.
- Nie.- przerwał władca.- Poczekamy jeszcze parę godzin. Niedługo będzie szczyt przypływu i to właśnie wtedy zaatakujemy.
- Nie lepiej zacząć od razu?
- Nie, ta plaża ma dno o łagodnym nachyleniu i możemy to wykorzystać.- odpowiedział król.
- Rozumiem.- rzekł Weden.- To faktycznie powinno nam pomóc a szyt za niespełna dwie godziny. Warto poczekać.
- Każcie żołnierzom rozpalić pochodnie. Niech wróg wie o naszej liczebności.
- Tak jest.- odparli razem Weden i Kunsklap, po czym oddalili się od władcy pozostawiając go sam na sam z wirującym kłębem wichrów, ukrytym wysoko ponad chmurami.
- Oby wystarczyło.- wyszeptał i ruszył w kierunku, w którym znajdował się jego namiot.
Ledwo co jednak wszedł między drzewa a dostrzegł zarys człowieka siedzącego pod drzewem. Nie zastanawiając się wiele, podszedł do niego i zapytał:
- Jak ci na imię?
- Raigen, a ty? Dałeś przed chwilą niezłe przedstawienie.
Król zawahał się przez chwilę.
- Radlan.- odpowiedział. Poczuł dziwną chęć ominięcia prawdy i wyznania swojej pozycji.
- Jak już mówiłem wcześniej, niezłe przedstawienie tam dałeś. Jesteś niezłym magiem. Mam nadzieję, że jest tu więcej takich jak ty, bo słyszałem, że wróg jest niezwykle liczny.- Raigen wbił wzrok w ziemię.- Ciężko będzie dotrzymać obietnicy.
Zapadła krótka cisza.
- Obiecałeś komuś, że wrócisz żywy?
- Tak.- westchnął Raigen.
- Cóż, ja nie, ale mimo to nie zamierzam tutaj zginąć.
- Albo niepoprawny z ciebie optymista, albo nasz władca trzyma coś w zanadrzu. Niestety, bez obrazy, ale mam dziwne przeczucie, że to pierwsze stwierdzenie jest słuszne.
- Czyżbyś nie pokładał wiary w naszego władcę?
- Nie to, żebym uważał go za słabeusza, ale z tego co mi wiadomo, przeciwnik jest kilkukrotnie liczniejszy od nas. Słyszałem też co zrobili z naszymi posłańcami. Są bezwzględni i do tego chorzy. Nasz władca jest rozważny, ale niektórzy mówią, że jest zbyt słaby emocjonalnie, aby sprostać tego typu wyzwaniom.
- Zbyt słaby? Od kogo to słyszałeś?
- Nie mów mi tylko, że jesteś z gwardii królewskiej.- rzekł pobudzony Raigen.
- Nie.- odparł Radlen starając się, aby odpowiedź brzmiała obojętnie.
- To dobrze.- Raigen odetchnął z ulgą.- Ja tam mimo wszystko wierzę w niego. Wiem, wiem, dziwnie to brzmi po tym, co przed chwilą powiedziałem, ale myślę, że nie różni się on tak bardzo ode mnie. Słyszałem o nim to i owo kiedy byłem w stolicy rok temu. To dobry człowiek, za którym warto iść, nie sądzisz?
- Chyba tak.- Radlen poczuł nagłe zakłopotanie.- Więc... jak jej na imię?
- Słucham?
- Kim jest osoba, której obiecałeś, że wrócisz. To raczej oczywiste, że to kobieta.
- Tak.- odparł Raigen uśmiechając się lekko.- Penola. Wspomnienie jej wyrazu twarzy w chwili pożegnania, jest chyba najgorsze z całego tego zamieszania. Kiedyś obiecałem jej młodszej siostrze, że nigdy nie sprawię jej przykrości. Jak widać nie potrafiłem dotrzymać tej obietnicy.
- W pierwszej kolejności nie powinieneś takiej obietnicy składać.- rzekł Radlen odwracając się.- Są rzeczy na które nikt nie ma wpływu. Życie to nie tylko pasmo szczęścia i radości.
- Chyba niechcący odgrzebałem jakąś bolesną ranę co?- rzekł Raigen.- Wybacz.
- To nic.- odparł władca ruszając w kierunku namiotu.- Pamiętaj tylko, abyś dotrzymał obietnicę, której potrafisz dotrzymać.
Raigen uśmiechnął się.
- Taki mam zamiar.- odpowiedział wstając.- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
- W takim razie, do zobaczenia.- rzekł Radlen nie odwracając się jednak.- Powodzenia.
- Tobie też.- odparł Raigen ruszając w przeciwnym kierunku.

XI

Blady księżyc skrył się za grubą warstwą chmur, ściągając na okolice nieprzenikniony Mrok. Gwiazd też nie było widać, jakby wszystkie ciała niebieskie nie chciały być wydarzeniami tej tragicznej nocy.
Żołnierze spoglądali to w jedną, to w drugą stronę podziwiając ognistego węża, którego ciało, składające się z tysięcy pochodni, wiło się wzdłuż linii brzegowej łącząc dwa odległe klify. Wszyscy niepewnie spoglądali w nieprzenikniony wzrok, próbując dostrzec sylwetki okrętów. Między szeregami zaczęły przechadzać się demony wątpliwości szepczące zlęknionym żołnierzom słowa zwątpienia.
Raigen nie mógł ich nie usłyszeć. Nie mógł odepchnąć od siebie głosów nieustannie powtarzających to sami pytanie- może tych okrętów w ogóle nie ma?
Duch walki powoli odchodził w czeluść niebytu, spychany przez umysły, w których zaczęły królować znużenie i obojętność.
Raigen spojrzał jednak na szczyt odległego klifu, gdzie bez wątpienia stał mag, z którym rozmawiał niedawno. Zastanawiał się co on może teraz myśleć. Bezwzględna rzeź zbliżała się nieubłaganie a pierwsze uderzenie miało się zacząć lada moment. Po dłuższej chwili spojrzał w górę, gdzie kłęby czarnych chmur stawały się coraz gęstsze i gęstsze. Z oddali przybył pierwszy dźwięk gromu. Wielka chmura nabierała życia zaczynając swój marsz w stronę morza, którego powierzchnia zaczynała falować coraz gwałtowniej.
Wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, lunął rzęsisty deszcz a chwilę później w wodę uderzył pierwszy piorun. Był ogromny i na tyle silny, że wszyscy żołnierze poczuli mrowienie w stopach.
Potem zaczęło się piekło.
Deszcz stał się jeszcze gęstszy a pioruny uderzały w wodę tak często, że grzmoty zlewały się w jeden nieprzerwany huk.
Raigen obejrzał się za siebie, w stronę małego wzniesienia, gdzie stał jeden z magów, odpowiedzialnych za powstanie tej burzy. Zastanawiał się, czy to nie jest przypadkiem Radlen. Nie mógł niestety dostrzec sylwetki, jednak wyraźnie widział migającą stróżkę światła łączącą maga z chmurą.
Jeden z piorunów uderzył blisko brzegu powalając kilku żołnierzy, w tym Raigena, którego świadomość odpłynęła gdzieś poza wydarzenia. Rozmyty obraz wyglądał bardzo znajomo, jednak nie mógł być rzeczywistością. Nad Raigenem świeciło słońce a na niebie nie było żadnej chmurki. Dookoła rozciągała się łąka wysokiej trawy.
- Musisz się ocknąć.- usłyszał znajomy głos. Głos, którego usłyszeć pragnął tak bardzo, że bał się skierować swój wzrok w stronę jego źródła, bojąc się, iż nie ujrzy tam nikogo.- Raigen, wysłuchaj mnie.- tym razem nie wytrzymał i spojrzał. Spojrzał wprost w jej brązowe oczy oddalone jedynie kilka centymetrów od jego twarzy.
- Penola?- spytał.- Co... gdzie... gdzie ja, to znaczy my... gdzie jesteśmy?
- Posłuchaj mnie, mamy mało czasu.
- Mało czasu? Ale na co?
- Na to, byś uratował swojego nowego przyjaciela. Musisz go ostrzec.
- Ostrzec? O czym ty mówisz.
Niewyraźny obraz zaczął się rozmywać. Cień zaczął wypełniać okolicę a do uszu zaczął dochodzić dziwny huk.
- Wiem, że to dziwne, ale musisz go ostrzec. Ognisty wąż wije się w zaroślach.
Słysząc te słowa Raigen ujrzał dwa czerwone węże kryjące się w trawie. Jeden leżał nieruchomo podczas gdy drugi zakradał się powoli aż w końcu rzucił się na pierwszego przegryzając go na pół.
- Nie wolno ci do tego dopuścić, słyszysz?- usłyszał głos Penoli.- Ten wąż nie może zwyciężyć. Zapamiętaj!
Ostatnie słowo wybuchło hukiem pioruna, który sprowadził rzeczywistość przed oczy Raigena. Jakiś żołnierz pomagał mu właśnie wstać z ziemi krzycząc coś do niego.
- Nic ci nie jest?!- zrozumiał w końcu pytanie.
- Już dobrze.- z trudem wyrzucił z siebie.- Dzięki za pomoc.
- Nieźle żeś musiał poczuć ten piorun. Wywinąłeś niezłego orła. Na pewno nic ci nie jest? Wyglądasz na zdezorientowanego.
- Będzie dobrze.- rzekł Raigen po czym puścił pomocne ramie żołnierza.
- Całkiem nieźle idzie tym naszym magom, nie sądzisz? Powiedziałbym, że teraz to my mamy przewagę liczebną.
Raigen spojrzał w stronę szalejącego morza. Nieustanny grad błyskawic oświetlał nadpływające okręty z których ogromna ilość tonęła w skutek uszkodzeń spowodowanych burzą.
- Jak długo byłem nieprzytomny?
- Jakieś pięć godzin, przyjacielu.
- Co?
- A tak, jednak nie przejmuj się, niewiele straciłeś. Przenieśliśmy cię na tyły wraz z innymi, którzy oberwali od tego pioruna. Jesteście jedynymi rannymi po naszej stronie. Wróg próbuje sięgnąć brzegu, jednak burza im na to nie pozwala, więc nie mamy z kim walczyć. Toną jeden po drugim. Tak to mniej więcej wyglądało przez ostatnie kilka godzin. Burza powoli słabnie, więc chyba obudziłeś się akurat na ten moment, w którym w końcu będziemy mieli okazję użyć mieczy. Mówią jednak, że zanim burza się skończy, może już nie być takiej potrzeby. Pomyśl tylko, cała armia pokonana przez trzech magów. Wyobrażasz to sobie?

XII

Raigen rozejrzał się niepewnie po okolicy. Na linii horyzontu, daleko za tonącymi statkami, dostrzec można było pierwsze promienie wschodu słońca. Burza, wraz z nocą, ustępowała przed wschodzącym dniem. Wszędzie widać było poweselałe twarze osób, które już zaczęły świętować najbardziej niedorzeczne zwycięstwo w historii ludzkości. Trzech magów rozgromiło nieokreśloną, jednak z pewnością liczną, armię, która nie zdążyła zranić choćby jednego przeciwnika.
Wrogie okręty osiadły na dnie, złapane w sidła odpływu, gdzie czekały w milczeniu na cofającą się linię brzegową, za którą kroczyli żołnierze odziani w lekkie, skórzane zbroje. Pierwsza linia natarcia w końcu miała okazję dostrzec przeciwnika, którego ciężkie metalowe zbroje ostatecznie przyczyniły się do jego klęski, gdyż ich wycieńczeni właściciele nie mieli sił stawiać oporu. Wkrótce potem zdobywano okręt za okrętem biorąc niemal wszystkich ocalałych w niewolę.
Zanim słońce osiągnęło w swej podróży pierwszą ćwiartkę nieba, bitwa na wybrzeżu została zakończona a skuci jeńcy stali w milczeniu na odległej od wody trawie. Żołnierze otrzymali rozkaz rozbicia obozu celem zebrania sił na drogę powrotną, której termin ustalono na następny dzień. Raigen siedział w milczeniu pod drzewem, obserwując milczących jeńców. O tropikalnym rodowodzie świadczyła ciemna opalenizna. U przeważającej większości z ową opalenizną silnie kontrastowały jasne blond włosy. Niestety oprócz tych powierzchownych drobiazgów nie można było powiedzieć o nich nic. Ponad setka mężczyzn stanowiła nie lada zagadkę, której odpowiedzi wyczekiwali niemal wszyscy.
Raigen odetchnął głęboko i spojrzał na szczyt odległego wzgórza, gdzie rozstawiono królewskie namioty. W jednym z nich z pewnością przebywał teraz owy mag, o którym Raigen śnił będąc nieprzytomny. Zastanawiał się co powinien zrobić. Sen w prawdzie nie dawał mu spokoju, jednak to był tylko sen. W końcu w rodzinie Raigena nie było żadnego przodka obdarzonego umiejętnością widzenia przyszłości.
Jednak słowa Penoli nie dawały mu spokoju. Wodził oczami po okolicy szukając jakiejś podpowiedzi, gdy wtem ujrzał masywne cielsko zielonego smoka, który zataczając coraz węższe kręgi podchodził do lądowania. Był już na tyle nisko, że bez trudu można było dostrzec sylwetkę smoczego jeźdźcy. Po kilku chwilach ogromny gad wylądował nieopodal wytwarzając przy okazji całkiem porywiste podmuchy wiatru. Raigen, który jak wszyscy znani mu ludzie, czuł respekt przed tymi wielkimi stworzeniami, jednak dopiero widząc owe lądowanie, zdał sobie sprawę z ich potęgi.
Smok tymczasem posłusznie przyległ brzuchem do ziemi, zgiął długą szyję niemal spoglądając w bok opuszczając jednocześnie swój łeb na tyle nisko, że długie, jakby żyjące własnym życiem, wąsy niemal dotykały ziemi. Dzięki przybraniu owej pozycji jeździec mógł bezproblemowo ześlizgnąć się po drugiej stronie tułowia tuż przed potężnym, błoniastym skrzydłem. Dziwnym zrządzeniem losu Raigen znajdował się na linii wzroku bestii, która jakby przyglądała mu się z zaciekawieniem.
- Witaj Jeźdźcu.- rzekł żołnierz pełniący rolę dowódcy straży pilnującej jeńców. Ukłonił się przy tym nisko.
- Witaj.- padła odpowiedź po której jeźdźca wykonał niemal niezauważalny ukłon.- Zgodnie z poleceniem jego wysokości, jeden z jeńców ma zostać przyprowadzony do kwater na wzgórzu celem przesłuchania.
- Przesłuchania?- zdziwił się żołnierz.- A ktoś tam rozumie ich język? Z resztą, nie ważne. Wybierz jednego i możecie lecieć.
Raigen wsłuchiwał się w całą rozmowę otaczając bestię by móc przyjrzeć się jeźdźcy. Bestia, nie wiedzieć czemu, obserwowała go bacznie przesuwając swój wciąż opuszczony nisko łeb.
- Mój smok nie ma uprzęży dla dwóch osób a poza tym jakbym miał, tam w górze, pilnować jeńca, aby nie spróbował czegoś głupiego? Jeniec ma zostać przyprowadzony przez jednego z żołnierzy.- tłumaczy, gdy dostrzegł nagłe poruszenie w oczach zebranych w okół żołnierzy. Natychmiast odwrócił się w stronę smoka i rzekł władczym tonem:- Rong! Leżeć!
"Nie do wiary.- pomyślał Raigen.- Do tak wielkiej bestii zwraca się jak do psa."
Bestia posłusznie wykonała polecenie pana.
- Ty tam!- usłyszał nagle Raigen, po czym zdał sobie sprawę, że jeźdźca zwraca się do niego.- Nie ma się czego bać. Bez powodu, bądź rozkazu, nie atakuje.
- Nie bałem się.- zaprotestował Raigen.
- W takim zaprowadź tego jeńca na wzgórze.- rzekł jeździec podchodząc do jednego z pojmanych zmuszając go do powstania. Podszedł do Raigena wręczając mu koniec łańcucha, którym skrępowano mężczyznę niczym szczególnym nie odróżniającego się od pozostałych.
- Tak jest.- rzekł Raigen bezzwłocznie ruszając w kierunku odległego wzgórza. Obejrzał się za siebie by z bliska przyjrzeć się, jak wielkie cielsko smoka przykuca na tylnych łapach do ziemi, by chwilę potem wyskoczyć wysoko w powietrze. Wykonał potem jedno potężne machnięcie wielkimi skrzydłami, dzięki któremu był już na tyle wysoko, by bez problemu wykonać kolejne machnięcie.
Raigen odwrócił z powrotem wzrok i spojrzał przed siebie.
"Cóż.- pomyślał.- "To chyba całkiem klarowny znak."
- Idziemy.- rzekł do jeńca celując mieczem w jego brzuch.- Pan przodem jeśli łaska.

XIII

Jeniec nie stawiał oporu. Szedł przed siebie kierowany poszturchiwaniami Raigena, który myślał tymczasem jak odnaleźć owego maga.
Straż wokół obozu była bardzo czujna i zatrzymywała Raigena co kilka kroków.
- Może wy poprowadzicie dalej jeńca?- zaproponował jednemu ze strażników
- Nie wolno mi opuszczać posterunku. Kieruj się w stronę czerwonego namiotu.- padła odpowiedź.
"Trudno, poszukam go jak przekażę więźnia."- pomyślał.
- Przyprowadziłem więźnia zgodnie z rozkazem jego wysokości.- rzekł do strażników wzbraniających wstęp do namiotu. Strażnicy zmierzyli wzrokiem jeńca, po czym bez słowa odstąpili na boki podciągając kotary.
- Mam wejść razem z nim?- zapytał niepewnie Raigen.
W odpowiedzi jeden ze strażników pokiwał głową.
- Naprzód.- rzekł Raigen popychając jeńca wchodząc do namiotu. Poczuł się trochę nieswojo, gdy odkrył, że kotary zostały z powrotem zasłonięte. Wziął głęboki oddech i rzekł:- Na rozkaz jego królewskiej wysokości przyprowadziłem jednego z jeńców.
Wykorzystał chwilę, by rozejrzeć się po namiocie. Znajdował się w jego małej części, odgrodzonej od reszty trzema kotarami formującymi coś na wzór przedsionka. Gruby materiał nie przepuszczał promieni słonecznych, toteż na słupach i na materiale rozwieszono zmyślny system luster, które rozpraszały doprowadzone skądś światło słoneczne dodatkowo wspierane płomieniami świec. Całość robiła całkiem niezłe wrażenie.
Czyiś głos sprowadził umysł Raigena na ziemię.
- Wprowadź go tędy.- rzekł mężczyzna odsuwający kotarę na wprost wejścia.- Odziany był w długi, zwiewny płaszcz koloru czarnego a siwe włosy, spięte w kucyk, spływały niemal do pasa.- Pośpiesz się.- dodał po chwili milczenia.
Raigen szturchnął jeńca nakazując mu iść naprzód, tuż obok mężczyzny, który bez wątpienia był magiem.
- Usadź go na krześle i przywiąż mu nogi i ręce. Potem masz czekać na zewnątrz.
Jeniec nie sprzeciwiał się dłoniom krępującym jego kończyny. Raigen zaczynał powoli współczuć nieszczęśnikowi.
"Pewnie jesteś taki sam jak ja.- pomyślał Raigen.- Zwykła marionetka w rękach człowieka, którego nawet nie widziałeś na oczy. Gdzie jest rodzina, którą zostawiłeś?"
Owe uczucia musiały w jakiś sposób odzwierciedlać się w wyrazie twarzy Raigena, gdyż jeniec w geście honoru odwrócił twarz.
"Duma.- pomyślał Raigen.- Cecha którą tylko nieliczni potrafią przełknąć, gdy los od nich tego oczekuje."
Upewniwszy się, że więzy są mocne, Raigen wstał od krzesła i bez słowa opuścił namiot. Usiadł na leżącym nieopodal pniaku i spojrzał w płomienie ogniska, jednak oczami wyobraźni widząc, jak jakiś nieznany mu człowiek torturuje teraz tego nieszczęśnika bezskutecznie próbując wyciągnąć jakiekolwiek informacje. Westchnął głęboko i potarł dłonią zmęczone oczy, by odpędzić złe obrazy. Ścisnął mocno nasadę nosa aż pod powiekami dostrzegł białe plamki.
- Chciałbym już wrócić do domu.- wyszeptał.

* * *

Minęła dłuższa chwila, odkąd opuścił namiot, jednak jak dotąd nie usłyszał żadnych jęków czy krzyków. Raigen zaczął zastanawiać się jak wykorzystać wolną chwilę, by odnaleźć maga. Rozejrzał się po okolicy. W przeciwieństwie do ludzi na plaży, tutaj nikt nie świętował. Każdy zdawał się wypełniać swoje obowiązki jakby wojna jeszcze trwała, choć wroga armia została zmiażdżona doszczętnie.
__________________
To mówiłem ja, Sel'bo.

Ostatnio edytowane przez Obles ; 10-08-18 o 22:51
Obles jest nieaktywny   Odpowiedź z Cytatem
 


Użytkownicy aktualnie czytający ten temat: 1 (0 użytkownik(ów) i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie możesz zakładać nowych tematów
Nie możesz pisać wiadomości
Nie możesz dodawać załączników
Nie możesz edytować swoich postów

BB Code jest Włączony
EmotikonyWłączony
[IMG] kod jest Włączony
HTML kod jest Wyłączony

Skocz do forum


Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 13:12.


Powered by vBulletin Version 3.8.4
Copyright 2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Tłumaczenie: vBHELP.pl - Polski Support vBulletin